Teatr u prywaciarza

Słynny monolog “być albo nie być” zmienili na “mieć albo nie mieć”. Chociaż są solą w oku krytyków teatralnych zarzucających im promowanie szmiry uwielbia ich publiczność. Prywatne teatry są na fali.

Cztery dni przed premierą musicalu „Nie ma Solidarności bez miłości” w Warszawie spadł śnieg, więc Jerzy Gudejko, w jednej osobie producent widowiska i właściciel teatru Palladium, spóźniał się na większość spotkań. Był w banku żeby kupić euro i zapłacić nimi w firmie kurierskiej za dostarczone z Niemiec mikroporty. Odwiedził złomowisko, gdzie kupił kilka zardzewiałych rur. Dźwięk bębnienia w te rury przydał się potem Krzesimirowi Dębskiemu, który skomponował zeń przemysłowy łoskot stoczni, gdzie osadzona jest akcja musicalu. Gudejko zaakceptował też do druku ulotki solidarnościowej bibuły i autentyczne torby-reklamówki z Pewexu – to również rekwizyty zdobyte tuż przed premierą.  Wszystko to bez biura, sekretarki, wieloosobowych zespołów literackich, pracowni krawieckich, armii rekwizytorów.

– Budżet przedstawienia to niespełna milion złotych, ale gdyby przygotowywał to publiczny teatr koszty wzrosłyby dwu-, trzykrotnie. A znając energię w publicznych instytucjach premiera przesunęłaby się o dobre pół roku – ocenia Jerzy Gudejko. Różnica bierze się stąd, że w teatrze Palladium na etacie pracują trzy osoby, a aktorzy oraz główni autorzy na przykład kompozytor muzyki Krzesimir Dębski, autor choreografii Agustin Egurolla, producenci m.in Piotr Pręgowski  choć są wielkim postaciami w swoim fachu, zostali jedynie wynajęci do przedsięwzięcia, a nie pracują na etacie. Dla porównania w publicznym Teatrze Współczesnym w Warszawie (6,7 mln dotacji rocznie) na stałe zatrudnionych jest 41 aktorów ale dyrekcja, administracja i dział techniczny to ponad 60 osób w tym czterech strażaków, ośmiu maszynistów, pięciu portierów, cztery garderobiane, dwie perukarki, kierowca, bufetowa i goniec (swoją drogą ciekawe gdzie on goni w epoce kurierów?)

O ponad 200 mln złotych, jakie co roku Polacy wydają na przyjemność oglądania teatru rywalizuje już kilkadziesiąt prywatnych scen. W Warszawie obok państwowych Ateneum, Współczesnego, Dramatycznego widz ma do wyboru także Teatr Polonia Krystyny Jandy, Kamienicę Emiliana Kamińskiego, 6. Piętro prowadzone przez Michała Żebrowskiego i Eugeniusza Korina czy Buffo Januszów Stokłosy i Józefowicza. Rzecz w tym, że teatry prywatne utrzymują się ze sprzedaży biletów oraz wpłat sponsorów, a publiczne dodatkowo zasilane są kilkumilionowymi (w przypadku dużych teatrów) dotacjami samorządów.

Kiedy ostatnio dziennikarze zapytali Michała Żebrowskiego jak to jest być szefem prywatnego teatru ten wypalił z grubej rury: – W teatrze państwowym, dyrektor siedzi na ciepłej posadce za pańskie i moje pieniądze. U nas jest tak, że jeśli popełnimy błąd, a niestety takie się zdarzają, musimy wyciągnąć własne, ciężko zarobione pieniądze i za to zapłacić. To szalona różnica. Jeżeli przyjdzie pan do Teatru 6. piętro i nie spodoba się panu spektakl, ma pan świadomość, że pan do tego nie dopłaca.

Awantura wybuchła. Jan Englert, dyrektor Teatru Narodowego odpowiedział, że jeśli Żebrowski jest takim zwolennikiem komercji, to powinien oddać dyplom państwowej uczelni, w której studiował za darmo.  Żebrowski nie miał zamiaru dopiec Englertowi, ale chciał otworzyć oczy urzędnikom, którzy w ubiegłym roku na dotowanie warszawskich teatrów wydali 89 mln zł.  Pieniądze te mają służyć finansowaniu „działalności misyjnej”, czyli wystawianiu bardziej ambitnych, rzekomo z definicji deficytowych sztuk. Problem w tym, że podziały zaczynają się zacierać. Prywatni chcą wystawiać klasykę i na niej zarabiać, a publiczne teatry gonią królika szermując znanymi z telenoweli nazwiskami w komediach.

Prywaciarze

Pierwszy prywatny teatr w Polsce powstał w 1992 r. w Warszawie. To Studio Buffo założone przez reżysera Janusza Józefowicza i kompozytora Janusza Stokłosę. Otworzyli je, ponieważ nie mogli znaleźć sceny, która wystawiłaby ich musical „Metro”. Wiktor Kubiak, producent spektaklu pod koniec lat 90 znalazł się nawet na Liście 100 najbogatszych Polaków tygodnika ,,Wprost”. Za nimi poszli kolejni. Jerzy Gudejko o własnej, prywatnej scenie pomyślał, kiedy grał w jednym z państwowych teatrów i zapomniał przyjść na spektakl. To był ,,Sen nocy letniej”,  a  Gudejko grał w nim Elfa Groszka. Kiedy obudził się zlany zimnym potem i zdał sobie sprawę z tego, co zrobił, był gotów do pokrycia strat za odwołany spektakl. W teatrze dowiedział się, że przedstawienie poszło – tyle, że bez Elfa Groszka.

– Pomyślałem, że skoro takie numery się dzieją, to trzeba szukać sobie innego zajęcia – wspomina. W branży zarabiania na sztuce Gudejko był jednym z pionierów. Założył pierwszą na polskim rynku agencję artystyczną, która pilnowała interesów kilkudziesięciu scenicznych gwiazd.

Mając tyle kontaktów pod ręką, łatwo mu było wejść w biznes. Przyznaje, że niełatwy. Właściciele prywatnych scen nowe przedstawienia w większości finansują z zysków z poprzednich. Aby Jerzy Gudejko mógł wyprodukować swój musical, wcześniej zaliczył siedem udanych premier. Co oczywiste prywatne teatry w razie wpadki muszą dokładać do interesu z własnych pieniędzy. Przy czym jak szacował dyrektor teatru Krystyny Jandy dwie, trzy wpadki z rzędu mogą oznaczać plajtę.

Wbrew obiegowych opiniom, że naród chamieje przed telewizorem, coraz więcej Polaków wybiera się do teatru. Świadczą o tym dane Głównego Urzędu Statystycznego, który kilka lat temu wziął pod lupę frekwencję teatralną. W 2005 roku polskie teatry odwiedziło 5 mln 972 tys. Polaków, a w roku 2008 do teatrów przyszło już 7 mln 124 tys. osób. Frekwencje z ostatnich lat dyrektorzy teatrów szacują już “na czuja”.  Ponoć dalej rośnie.

– Jak kończyłem szkołę aktorską to pamiętam histerię wielu autorytetów, że teatr umiera. Mówiłem wtedy, że kiedy ludzie już wybudują sobie wille, kupią samochody, zapełnią lodówki produktami z delikatesów, to mądrze pojętym snobizmem będzie pójście do teatru i tak się stało – mówi Michał Żebrowski.

Nowi widzowie to zazwyczaj młodzi ludzie przed 35 rokiem życia, dobrze wykształceni, których znudziła ogłupiająca telewizja.

O ten rosnący rynek prywatne sceny walczą zażarcie. Widać to było w ostatnie wakacje. Większość warszawskich teatrów publicznych zamknęła drzwi na kłódkę, walkowerem oddając walkę o letniego widza. Tymczasem Kamiński miał na afiszu pięć spektakli, a Janda trzy i nawet jedną premierę. O dziwo wszyscy mieli widzów. – Trudno się dziwić tej determinacji. Przecież czynsz i rachunki muszę płacić przez okrągły rok – mówi Emilian Kamiński, który był pozytywnie zaskoczony letnią frekwencją. W jego Kamienicy działa także restauracja, galeria sztuki i kawiarnia z pamiątkami związanymi z Warszawą i jej ważnymi mieszkańcami.  Faktem jest, że aby utrzymać teatr dokonuje rzeczy, do których wielu dyrektorów publicznych placówek wzdraga się na samą myśl. Po pierwsze zabiega o wsparcie sponsorów m.in. Polskiej Grupy Energetycznej czy firmy Zepter. Na scenie odbywają się także szkolenia dla firm oraz swoje rynkowe premiery miały samochody Mazda i Aston Martin. Gdyby nie te przejawy komercji, bilet na spektakl w Kamienicy kosztowałby 200 zamiast 35 złotych. Pod tym względem prywatna scena Kamińskiego może uchodzić za bardziej misyjną niż niejeden publiczny teatr. Z 18 premier 8 poświęconych było historii Warszawy jak np. „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” czy „Wroniec” osadzony w realiach stanu wojennego. Teraz grają tam spektakl o kibicach stołecznego klubu piłkarskiego Polonia Warszawa (obchodził 100-lecie istnienia). – Nie prowadzę teatru dla pieniędzy. To miejsce to kulturotwórczy ośrodek, który ma zmieniać wizerunek części miasta, gdzie działam – zastrzega Emilian Kamiński.

Tłuste koty

Sukces prywatnych scen już dawno powinien dać do myślenia urzędnikom od kultury. Ale tak się nie stało. Na przykład w ubiegłym roku Warszawa wydała na dofinansowanie państwowych teatrów 89 mln, Wrocław 26 mln a Kraków 19,2 mln złotych. Według Żebrowskiego dotacje dla publicznych teatrów zazwyczaj kastrują ich dyrektorów pozbawiając woli walki o widza. – Zanim wraz z Eugeniuszem Korinem otworzyliśmy własny teatr, złożyliśmy nowemu szefowi jednego z warszawskich publicznych teatrów propozycję, że wystawimy  u niego za własne pieniądze spektakl gwarantujący kolejki pod kasami. Spojrzał na mnie jakbym mu śmierdzący ser podsunął pod nos. Odpowiedział, że nie jest mu to potrzebne, bo przez najbliższe lata zamierza wyrabiać własny charakter pisma – wspomina Michał Żebrowski.  Teraz kiedy widzowie jego Teatru 6. piętro pół godziny przed spektaklem zapełniają parking przed Pałacem Kultury i Nauki, u konkurenta zza miedzy wiatr szarpie na strzępy wypłowiałe plakaty a po foyer niesie się echo kroków pojedynczych osób.

– Czy podatnicy muszą opłacać czyjeś męki twórcze? – pyta Żebrowski.

Co oczywiste, dyskusja kto jest lepszy – publiczni czy prywatni, przeniosła się na repertuar. Część krytyków i wtórujący im szefowie publicznych teatrów uważają, że szlagiery prywaciarzy to ckliwe dramaty, farsy i błazeńskie komedyjki. Zaś aktorzy tam występujący to ostatni sort serialowych grajków, którzy nie znaleźliby miejsca w szanującym się zespole.  Fakt.  U Emiliana Kamińskiego w jego „Testamencie cnotliwego rozpustnika” wystąpiła serialowa Polka-idolka Kasia Cichopek. Zaś u Michała Żebrowskiego jedną z głównych ról dostała gwiazda TVN Kuba Wojewódzki (Zagraj to jeszcze raz Sam – 150 razy zgromadził komplet 550 widzów). W teatrze Gudejki największym hitem była klasyka komedii „Dziwna para” również obsadzona serialowymi gwiazdami – Cezarym Żakiem i Arturem Barcisiem. Upadek? Odpowiedź nie jest prosta. Jeśli zakwalifikować teatr w sektorze usług, to rację ma Żebrowski i spółka. Wystawiona u niego ,,Edukacja Rity” zaliczyła ponad 100 kompletów widzów, a występujący w rolach głównych Piotr Fronczewski (twarz reklamowanych w telewizji lokat Getin Banku ) oraz Małgorzata Socha, występująca w serialach TVN, a niedawno zwolniona z teatru Ateneum, są oklaskiwani i to na stojąco.

– Nie po to Grecy budowali wielkie amfiteatry w granicie, żeby przychodziło tam 15 osób – przekonuje Żebrowski. Tym, którzy utyskują nad komercjalizacją sztuki chce dać prztyczka w nos.  – Chciałbym wystawić najbardziej komercyjnego pisarza wszechczasów, Wiliama Szekspira, w najtrudniejszym tekście dramatycznym, jaki wyszedł spod ludzkiej ręki. Król Lear w mojej obsadzie marzeń z Januszem Gajosem, Andrzejem Sewerynem oraz innymi  najbardziej znanymi i szanowanymi nazwiskami w polskim teatrze. Komercja? – pyta Żebrowski.

Z pewnością nie jest tak, że publiczne teatry nie potrafią zarabiać. Udowodnił to Wojciech Kępczyński dyrektor warszawskiego teatru Roma. Zrealizowany tam musical “Upiór w operze” 572 razy zapełnił całą salę (960 miejsc). Zysk wyniósł 3,5 mln zł.

– Na sukces musicalu składają się jakość materiału i poziom widowiska – mówi Daniel Wyszogrodzki kierownik literacki w teattrze Roma. – Zaoferowaliśmy publiczności spektakle Andrew Lloyda Webbera i Claude-Michela Schoenberga, czyli najwybitniejszych kompozytorów musicali XX wieku. Ale – na samym końcu – to jakość inscenizacji decydowała o ich powodzeniu u polskiej publiczności. Reżyseria, scenografia, talent artystów, śpiewających aktorów i tancerzy. To naturalne, że publiczność ekscytuje się latającym dywanem, obracającą się barykadą czy spadającym żyrandolem. Ale efekty specjalne to przysłowiowe wisienki na torcie. A bez tortu – nie ma wisienki.

Widowisko o budżecie kilku milionów złotych nie powstałoby gdyby nie sponsor. Tu Allianz Życie, którego logo dyskretnie pojawiało się w teatrze.  Chętnych do wejścia w teatralny biznes ciągle przybywa. Nie tylko w postaci nowych scen. Po tym, jak Jerzy Gudejko opublikował na Onecie tekst o tym jak zarobić na teatrze zgłosiło się do niego dwóch inwestorów finansowych skłonnych zaryzykować oszczędności w spektakle.  Może więc za kilka lat tak jak na Broadwayu czy londyńskim West Endzie doczekamy się zawodowych producentów gotowych wyłożyć na spektakl kilka milionów, ale oczekujących także wielkiego widowiska, sukcesu i jeszcze większego zwrotu z inwestycji. Z korzyścią dla widzów i podatników.

Advertisements