Jak się nosić przed prezesem?

Po prawie dwóch latach starań pracowników, pierwszy raz w 20 – letniej historii międzynarodowej kancelarii prawnej White and Case, jej właściciele zgodzili się na tzw. piątki bez krawata w polskiej filii firmy. Kiedy słupek rtęci na termometrze przekracza 30 st. C. sprawa dress code’owych reżimów staje się dla pracowników priorytetowa.

Pewna znana na świecie firma doradcza zatrudnia w swoim warszawskim oddziale kontrolera poprawności wizerunku. Nie jest to oczywiście oficjalne stanowisko, ale zadanie jak najbardziej oficjalnie zlecone przez szefa. Kontroler poprawności wizerunku lustruje pracowników. Ma prawo odesłać do domu ubranych niewłaściwie. Ma też prawo sprawdzić świeżość oddechu pracownika – ewentualna nieświeżość także jest powodem wydalenia z miejsca pracy. Nie umyłeś zębów z rana? Do domu. Zjadłeś śledzia? Do domu. Krawat w niewłaściwym kolorze? Do domu. Żeby ułatwić podwładnym życie dyrektor naczelny własnoręcznie narysował zestaw piktogramów instruujących, co w wyglądzie pracownika jest dopuszczalne, a co  zabronione. Poza oczywistymi wskazówkami, typu: nie nosić dużego dekoltu, nie zakładać spódnic przed kolano, nie używać mocnych perfum na rysunkach w firmowym komiksie przekreślono drogie zegarki, spinki do koszuli i elektroniczne gadżety. – Chodzi o to aby klient nie odnosił wrażenia, że to na takie rzeczy idą jego pieniądze. Z tego samego powodu na spotkania do klienta jeździ się taksówkami, a nie drogimi prywatnymi autami – opowiada były pracownik korporacji.

Tak zwany dress code, czyli zbiór zasad dotyczących wyglądu pracownika, zależy od widzimisię każdej firmy, nie określa go prawo pracy, czy inny przepis. Dlatego, chociaż ogólne wytyczne są w firmach zwykle zbliżone – niezależnie od jej wielkości albo branży w której działa – to w szczegółach szefowie posuwają się do absurdalnych wytycznych. Nie mają wspólnego mianownika, a czasami są ze sobą po prostu sprzeczne. Ale przecież wszystko dla dobra firmy.

Aseksualność, ale bez przesady

W jednym z banków obowiązuje zakaz noszenia rozpuszczonych włosów wprowadzony po skardze klienta, który odmówił podpisania umowy „omiatanej” grzywką. – Mężczyźni nie mogą nosić żadnych dodatków poza zegarkiem, spinkami do mankietów i obrączką. Kobiety mogą włożyć jeszcze pierścionek. Kolczyki odpadają. Buty zakrywające palce i pończochy, to standard, który nie podlega żadnym dyskusjom – opowiada Marek Polakiewicz, znawca etykiety biznesowej.

Kreatorzy dress-codów stanowczo sprzeciwiają się nawet najbardziej eleganckim damskim pantoflom z odkrytymi palcami, na które zgodę kobiety próbują uzyskać u swoich szefów, kiedy rośnie temperatura za oknem. – Goła stopa, świecąca pomalowanymi paznokciami podkreśla seksualność. Tymczasem każdy element ubioru powinien wpływać na postrzeganie pracownika jako kompetentnego fachowca, a nie obiektu seksualnych fantazji – mówi Dariusz Knyziak, właściciel firmy Blush zajmującej się doradztwem i stylizacją wizerunku firm. Pracodawcy rzeczywiście zwykle się stosują do tej wskazówki, ale nie wtedy, gdy jest im ona nie na rękę. Pewna korporacja sugeruje pracownikom pracującym bezpośrednio z klientami wybielanie zębów oraz zdejmowanie obrączek, bo część klientów lubi załatwiać formalności flirtując z atrakcyjną osobą. Symbol stanu niewolnego najwyraźniej przeszkadza w sprzedaży produktów finansowych.

Z najbardziej szczegółowego dress code’u słynie w Polsce Noble Bank: spis wytycznych zapełnia kilka kartek. – Garnitur powinien być skomponowany w myśl zasady „maksymalnie dwa wzory oraz trzy kolory”. Obowiązuje klasyczne, skórzane, czarne, brązowe, ewentualnie wiśniowe, obuwie. Najlepiej półbuty typu Oxford czy Derby. Spódnica i sukienka powinny zakrywać kolana, a górna część stroju nie powinna eksponować ramion. Pantofle powinny być pełne i dobre jakościowo – wylicza Artur Newecki z Noble Banku. Nie mówi, jak jest sprawdzana jakość tych pantofli.  W wielkich korporacjach szczegóły ubioru pracownika często zależą od jego pozycji w firmie. Osoby z  niższych szczebli nie powinny nosić zdecydowanych kolorów – wystarczy im jasny odcień szarości. Za to w kieszeni muszą mieć wieczne pióro – klient poważnej instytucji nie będzie przecież podpisywał umowy plastikowym wkładem za 50 gr.

Wiele firm głosi, że w jednolitym stylu w pracy nie chodzi tylko o elegancję i prestiż. Profesjonalny kostium to także większa produktywność. Pod koniec lat 90. psycholog Jeffrey L. Magee przestudiował styl ubioru i zachowanie pracowników 500 amerykańskich firm i doszedł do wniosku, że „luźny strój, to luźne maniery, luźna moralność i w efekcie mniejsza produktywność, mniejsza lojalność wobec firmy i częstsze spóźnienia do pracy”.  Niektóre korporacje wręcz chwalą się swoja konserwatywnością w sprawach etykiety i stroju. Żeby zdobyć prawo do tzw. casual Friday, czyli móc przychodzić w piątek do pracy bez krawata, w bardziej swobodnym stroju, pracownicy warszawskiego oddziału White and Case dwa lata negocjowali z szefostwem. Sprawa oparła się o centralę w USA, która pod naciskiem Warszawy pierwszy raz od 20 lat uczyniła odstępstwo od sztywnych zasad korporacyjnych dress – code-ów.

Zwycięstwo z dress – code-owym reżimem odtrąbili też kilka lat temu pracownicy fabryki Fiat-GM Powertrain w Bielsku-Białej. Robotnikom pracującym „przy taśmie” zakazywano szortów, sandałów i koszulek na ramiączkach. Związkowcy zagrozili jednak, że w takim razie będą ostentacyjnie i publicznie – przed bramą zakładu – zbiorowo przebierać się w uniformy. Władze zrejterowały bojąc się ośmieszenia.

– Odrzucam nakaz garniturowy. Nie będę go nosił i nie dam się wcisnąć w taką szufladę tylko dlatego, że ktoś uważa iż to zwiększa mój profesjonalizm. Odrzuciłem już nawet kilka ofert pracy, bo wiązały się z koniecznością zakładania garnituru – mówi znany dziennikarz.

Po drugiej stronie lustra

Na przeciwległym od położenia prywatnych firm biegunie mamy sektor publiczny, który mocno kulejąc próbuje dogonić przodowników biurowej elegancji. Nawet jeśli urzędy nakazują prosty strój, to – by uwydatnić swoje walory – panie nadrabiają fryzurą lub kolorem lakieru na paznokciach. Warto zwrócić uwagę na policjantki albo celniczki występujące czasem w telewizyjnych informacjach – z ostrym makijażem i włosami powiewającymi spod służbowych czapek. – Są panie, które potrafią przyjść do pracy z odsłoniętym brzuchem. Gdy przeprowadzałam szkolenie w  pewnej dużej instytucji, niemal wszyscy menedżerowie byli niezadowoleni z wyglądu swoich asystentek – utrudniał im koncentrację – opowiada Julita Wudarczyk.

Wiele osób do dziś wspomina też publiczny występ żony premiera Leszka Millera, która podejmowała cesarska parę japońską we frywolnej sukience z napisami: sexy, love, romance, pretty. Zdaje się jednak, że Polacy i Polki bardziej przejęli się tym strojem niż cesarska para.

Powabny wygląd pozbawił pracy Debrahlee Lorenzanę, pracownicę amerykańskiego oddziału Citibanku. – Zostałam zwolniona mimo, że byłam dobrym pracownikiem. Powiedziano mi, że z powodu mojej figury moje ubrania były rzekomo zbyt rozpraszające dla współpracowników i pryncypałów – pisze Lorenzana w pozwie przeciwko Citibankowi. Skarży się, że wcale nie ubierała się bardziej wyzywająco niż inne pracownice. Dariusz Knyziak, stylista i ekspert w dziedzinie biznesowej etykiety, twierdzi, że Amerykanka wcale nie była taka niewinna. – Jej pracodawca mógł mieć zastrzeżenia. Gołe nogi, bluzki odkrywające plecy i sukienki z całą pewnością nie nadają się do zakwalifikowania jako biznesowe. Jeśli szefostwo zwracało tej pani uwagę, a ta nie dostosowała się do zasad, można zrozumieć zwolnienie jej z pracy. Już na pierwszy rzut oka widać, że Lorenzana doskonale wie, w jaki sposób podkreślić walory swojego ciała – mówi Knyziak, oglądając zdjęcia Lorenzany.

Sporny zarost

Wojna o strój i wygląd w miejscu pracy wyszła już poza granice zachodniego świata.  W XVIII wieku car Rosji Piotr I zmusił swoich bojarów do zgolenia bród i skrócenia strojów, na modłę zachodnią. Nie ucieszyło ich to wcale. 13 czerwca tego roku pracownikom Habib Bank Limited, największego banku w muzułmańskim Pakistanie, nakazano zgolenie bród i założenie garniturów. – Bank ma gorsze wyniki, ponieważ klientom nie podoba się, że nasi pracownicy noszą hajdawery i długie brody. Musimy spełniać międzynarodowe standardy – twierdzi szefostwo banku. Jeden z menedżerów zrezygnował z pracy, twierdząc, że wymogi banku to wykroczenie przeciwko Islamowi. To samo wykroczenie miało też popełnić pięć prezenterek największej na świecie muzułmańskiej telewizji Al-Jazeera.  Ale tu sytuacja była odwrotna. Szefowie zwracali im uwagę, że na wizji prezentują się za mało konserwatywnie, wręcz nieprzyzwoicie, bo nie zakrywały włosów.

Ciekawe co na obowiązkowe garnitury i wiśniowe buty powiedziałby Jacek Kuroń, który uznawał wyłącznie dżinsowe koszule, a do Sejmu przychodził z termosem pod pachą. Czy w stroju według przykazania z korporacji byłby jeszcze bardziej wartościowym człowiekiem?

Advertisements