Holocaust-biznes

20080711_2049974940_amf_ps

Czy muzeum to dobry biznes? Tak, odpowie dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Placówka zgarnia rocznie prawie 41 mln zł i jest najlepiej zarabiającym muzeum w Polsce. Jak sobie radzą inne państwowe obiekty, które rok w rok narzekają, że w muzealnej kasie jest jak zwykle pusto? Okazuje się, że wcale nie najgorzej, a to wszystko dzięki nam – naiwnym turystom. 

Państwowe Muzeum w Oświęcimiu. Roczny budżet 46 mln zł. Połowa tej kwoty to dotacje unijne i państwowe, a druga część to przychody własne. Wstęp do tego szczególnego miejsca jest darmowy, ale wielu zwiedzających korzysta z asysty przewodnika, co kosztuje od 250 do 370 zł. Dzięki rzeszom zagranicznych wycieczek Oświęcim to najlepiej zarabiające muzeum w Polsce – 1,9 mln zł.

Drugim muzealnym samograjem jest Zamek Królewski w Warszawie. Jeśli bliżej się przyjrzeć jego działalności to obiekt w pełni komercyjny. Lekcje historii zorganizowane w zamku kosztują 7 zł od ucznia. Do tego imprezy biznesowe, gale i przyjęcia w komnatach zamku oraz odnowionych Arkadach Kubickiego które wynajmowane są po kilkadziesiąt tysięcy zł. Zamek to całkiem pokaźna firma eventowa z przychodami sięgającymi 47,7 mln zł i milioem zysku za 2011 rok. Trudno się dziwić, że ten dyrektor najbardziej protestował przeciwko pomysłowi ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego, aby w listopadzie wstęp do państwowych muzeów był darmowy.

Wycwanili się też muzealnicy z Malborka. W sezonie letnim za bilet trzeba zapłacić prawie 40 zł, czyli praktycznie tyle, ile kosztuje całodniowy karnet wstępu do Luwru – najczęściej odwiedzanego muzeum sztuki na świecie. Do tego dojdzie opłata za parking kilkanaście zł , za przewodnika, za pamiątki dla dzieci w muzealnym sklepiku. W ten sposób zabawa w Krzyżaków dla 4 osobowej rodziny sięgnie 200 zł. Chcący napawać się wielkością zakonu niemiecki turysta z pewnością zapłaci. A Polak? Co najwyżej cyknie sobie zdjęcie i zje lody na dziedzińcu.

W czołówce najlepiej zarabiających muzeów nie mogło zabraknąć Wawelu. To najdroższe muzeum w Polsce. Owszem podstawowy bilet kosztuje niewiele bo 20 zł. Jeśli jednak chcemy obejrzeć to co Wawel ma najciekawszego komnaty i apartamenty królewskie, zbrojownię, skarbiec wyjdzie z 70 zł.

Muzealnicy z Wawelu dostali na przechowanie Damę z Gronostajem jedyny w Polsce obraz Leonarda da Vinci. Wstawili go do osobnej komnaty – bilet za wejście 10 zł. Kiedy słynny portret znajdował się jeszcze w remontowanym Muzeum Czartoryskich, cena biletu wynosiła 8 zł, a obok dzieła da Vinci można tam przecież podziwiać obrazy takich sław jak Rembrandt, Cranach i Brueghel. W rezultacie słynna dama patrzy cały czas na pustą wawelską komnatę, bo rzadko, który turysta decyduje się na dotrzymanie jej towarzystwa. Centusie z Krakowa po pokryciu kosztów utrzymania muzeum mają milion złotych czystego zysku a rocznie, a przychody sięgają 28 mln zł.

Czy bilety do państwowych muzeów to konieczność? Muzea państwowe corocznie wykładają gigantyczne pieniądze na utrzymanie zabytkowych budowli, w których mają swoją siedzibę, opłacają konserwatorów zabytków, utrzymują uzbrojonych strażników – w Muzeum Narodowym w Krakowie jest 600 ludzi pod bronią. Poza tym setki tysięcy zł wydają na własne publikacje oraz kadrę naukową pracującą przy eksponatach.

Jednak, dlaczego korzystając z pieniędzy budżetu państwa, sięgają do naszych kieszeni po raz kolejny przy okazji pobierania opłat w kasie biletowej? Jak to więc możliwe, że mamy w Polsce kilkadziesiąt prywatnych muzeów, które radzą sobie świetnie bez unijnej kasy i rządowego wsparcia? Dla państwowych muzealników to jedna wielka zagadka.

Advertisements