Miliarder zatrudnia prezesów za 1200 zł

karko

Czy prezes giełdowej spółki może zarabiać 1200 złotych miesięcznie? Może, bo nie chce płacić ZUS. Zabawny fakt wyszedł na jaw podczas rozprawy o odszkodowanie ze Skarbem Państwa jaka toczy się przed krakowskim sądem.

 

Nie będę brnął w szczegóły procesu, bo nie o tym tekst. W każdym razie w ubiegłym tygodniu Roman Karkosik, miliarder i jeden z najbogatszych Polaków, przyleciał śmigłowcem do Krakowa, gdzie zeznawał jako świadek w sprawie prezesa swojej spółki Skotan – producenta biokomponentów. Sąd zaczął dopytywać się o szczegóły umowy o pracę, wynagrodzenie itd. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
Sędzia pyta: jak to możliwe, że prezes znanej giełdowej spółki pracuje za 1200 złotych miesięcznie?
– Dlaczego? Bo nie chce płacić ZUS – wypalił Karkosik.
Sąd: W ten sposób oszukuje się państwowe instytucje?
– To zupełnie legalne. Po prostu nie chciał płacić wysokiego ZUSu i podatków. Zatrudniony został na płacę minimalną i dodatkową umowę menedżerską za zarządzanie firmą – tłumaczył biznesmen.

Muszę dodać trochę scenopisu, bo Roman Karkosik to biznesmen prostolinijny, który mówi wszystko wprost i bez ogródek. Dlatego sąd był zdziwiony jego szczerością. Dodatkowa umowa “za zarządzanie” opiewała na 85 tys. miesięcznie.
Według doradców podatkowych takie umowy-zlecenia i umowy o dzieło na dodatkowe usługi świadczone oprócz zwykłych obowiązków wynikających z etatu są ciekawą furtką podatkową. Opracowanie strategii rozwoju, nadzór nad projektami specjalnymi, usługi doradcze, prawnicze, finansowe mogą zostać objęte dodatkowymi umowami. Koszty przy umowach-zleceniach oraz umowach o dzieło są z mocy ustawy zryczałtowane i wynoszą 20 proc. przychodu. Jeśli jednak mamy do czynienia głównie z umową o dzieło, która dotyczy przeniesienia praw autorskich do utworów wytworzonych przez daną osobę (np. strategia rozwoju spółki), zryczałtowane koszty wynoszą 50 proc. przychodu. Mało tego podatnik może też udowodnić, że poniesione koszty były w rzeczywistości wyższe niż normy ryczałtowe. W takim wypadku przyjmuje się takie koszty, jakie faktycznie poniósł. Różnica jest taka, że menedżer zarabiający ponad milion złotych rocznie nie oddaje ZUSowi i NFZowi ponad 350 tys. zł, ale tylko 100 tys. złotych.
Po co w ogóle prezesowi był ten etat na 1200 zł? Dużo podróżował w sprawach służbowych i musiał być etatowym pracownikiem, aby rozliczać delegacje.

Teraz puenta z całej historii.
Mało kto wierzy w emeryturę z ZUS, a w szczególności dobrze zorientowani w finansach menedżerowie giełdowych spółek. Najmniej na podatkach mogą zaoszczędzić ci, którzy pracują na etacie, zarabiają mało lub średnio, a do tego żyją samotnie, nie opiekują się niepełnosprawnymi oraz nie wychowują dzieci. Takich frajerów fiskus traktuje najsurowiej. Pozostaje im w zasadzie tylko odliczenie od dochodu wydatków na darowizny oraz ulga za ekwiwalent oddanej krwi (130 zł za litr).

Advertisements