Król tulipanów

Jarosław Ptaszek

Na czwartym roku studiów dostał od rodziców skrawek ziemi. Dzisiaj jest największym hodowcą kwiatów w Polsce. Poznajcie niesamowitą historię Jarosława Ptaszka, którego tulipany kupuje nawet Putin.

– Największa orchidea kwitnie trzy miesiące. Daje średnio trzydzieści kwiatów. Proszę sobie wyobrazić miejsce, gdzie jest ich w sumie kilka milionów. Goście śmieją się, że zrobiłem sobie tutaj mały raj na ziemi – opowiada Jarosław Ptaszek, największy w Polsce i piąty w Europie producent kwiatów pod szkłem.

Ten mały raj to gigantyczna 15-hektarowa szklarnia pośrodku lasu w Stężycy pod Dęblinem. Z lotu ptaka przezroczysty dach przypomina taflę jeziora. Pod spodem co roku ścina się 30 mln róż, anturium i orchidei.

Niedawno przyjechała tu asystentka Putina. Potrzebowała kilku tysięcy kwiatów na dekorację Kremla. Ptaszek nie mógł odmówić. Prezydent Austrii też ma słabość do zapachu jego orchidei. To w ich oparach bawią się goście dorocznego Le Grand Bal w obłędnych salach wiedeńskiego pałacu Hofburg.

Badylarz z Bakalarskiej

–  W Stężycy mówili, że za młody jestem. Że sobie nie poradzę. Że teraz to już tylko gałąź i sznur, bo chłopak kredytu nie spłaci i się wykolei – wspomina swoje początki przedsiębiorca.

Miał wtedy 23 lata. Czwarty rok studiów na warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Dostał morgę ziemi od rodziców, wziął 5 mln zł kredytu i zabrał się za kosntrukcję pierwszej własnej szklarni.

Budowało się je wtedy ze wszystkiego. Starych rur, szyn kolejowych, materiałów kupowanych na kartki od tych rolników, którym wtedy budowa akurat nie była w głowie. Budować było za co, bo kwiaty szły jak woda. W tamtych czasach cięty goździk był jedynym eleganckim prezentem, który można było dostać od ręki w sklepie. Złoty strzał przypadał zawsze na 8 marca. Kwiaciarze tak przedłużali pączkowanie roślin, żeby wszystkie kwiaty rozkwitły akurat na dzień kobiet.

Warszawska giełda kwiatowa na ulicy Bakalarskiej jeszcze w PRL była jednym z niewielu miejsc w Polsce, gdzie żywe kwiaty można było dostać nawet zimą. To tam Ptaszek stawiał pierwsze kroki jako badylarz. – Kiedyś mając półhektarową szklarnię czułem się bogatszy niż teraz, kiedy przedsiębiorstwo jest kilkadziesiąt razy większe. – wspomina. Handlował goździkami. Nie było konkurencji, rynek w ogóle nie był nasycony, a biznes przez to bardziej rentowny – wymienia zalety prowadzenia firmy w PRL. Badylarze stanowili enklawę wolnego rynku w socjalistycznej gospodarce. Reszta Polski Ludowej z zazdrością patrzyła na ich majątek, bo zdarzali się ogrodnicy, którzy w tamtych czasach jeździli nawet mercedesami. Przeciętny pracownik fabryki ciułał z pensji na wymarzonego małego fiata.

Goździki od Ptaszka szły w większości na eksport. Głównie do rosyjskich hurtowni. Szklarnie ogrzewał miałem. – Zimą skuwałem zmarzlinę z szyn kilofem, bo opłata za przestój wagonu pod szklarnią była zabójczo wysoka – opowiada. Biznes szedł jak z płatka. Kwiaty lądowały za wschodnią granicą. Otwierał kolejne szklarnie, zmieniał gatunki roślin, zalewając rynek nowymi odmianami. I tak co kilka lat powiększał pachnący interes.

Wygrać z Afryką

Dzisiaj jego szklarnie ogrzewa dziewięć elektrowni gazowych. Dziennie wytwarzają tyle energii, że można by nią spokojnie rozświetlić trzy miasta wielkości położonego 100 km obok Lublina.

Pod 15-hekatorwym szklanym sufitem kwiaty pielęgnują się praktycznie same. Szklarnie Ptaszka to specjalistyczne roboty, które automatycznie podlewają, nagrzewają i nawożą hodowane rośliny. Gotowe do wysyłki suną po długich taśmach. Tysiące zafoliowanych sadzonek bajecznie kolorowych kwiatów przejeżdża tuż nad głowami pracowników.

Pomyśleć, że wybudowana dwa lata temu najnowocześniejsza w Europie szklarnia pod uprawę orchidei powstała nie w Holandii, tylko u Ptaszka w Stężycy.

Okazuje się jednak, że najgroźniejszą konkurencją największego polskiego kwiaciarza nie są wcale Holendrzy, a… Afrykańczycy.

– Jeszcze kilka lat temu w samej Holandii było tysiąc hektarów szklarni z różami. Teraz jest już ich niecałe trzysta – żali się Ptaszek. Wszystko przez tanie kwiaty z Afryki, które zalewają europejski rynek. Na czarnym lądzie panują idealne warunki do wzrostu ozdobnych roślin. Nie trzeba ich nagrzewać ani doświetlać. Koszty pracownika w Kenii to 2 dolary za dniówkę. Kwiaty do Europy przewozi się na sucho, tnąc cenę nawet na wodzie, w której rośliny powinny być transportowane. W ten sposób kwiat z Afryki jest kilka razy tańszy od tego wyhodowanego w Europie. Przez to Holandia z największego producenta ciętych kwiatów zamienia się powoli w ich największego dystrybutora, handlując roślinami sprowadzanymi z Kenii czy Etiopii.

– Możemy konkurować tylko jakością, bo kwiaty po długiej i suchej podróży z Afryki są po prostu nieświeże. Nasze cięte anturium może wytrzymać we flakonie nawet do 8 tygodni. Ich średnio o połowę mniej . Afrykańska róża, kiedy ląduje w polskich kwiaciarniach ma już ponad tydzień. Polskie hurtownik może sprzedawać po kilku godzinach od ścięcia. – mówi Ptaszek.

Miliony na łodygach

Chociaż duża część roślin od Ptaszka ląduje w Niemczech, Czechach, na Słowacji i Węgrzech, stężycki biznesmen coraz bardziej liczy na odrodzenie polskiego rynku. Polacy kwiatów kupują mało. Rocznie średnio ok. 10 sztuk na osobę. Jeszcze kilka lat temu przeciętnie braliśmy z kwiaciarni po kilkadziesiąt sztuk. Z kryzysu wychodzą jednak prywatni kwiaciarze, którzy przez lata żyli pod butem supermarketów, oferujących kwiatową taniznę.

Według danych GUS w 2013 r. w Polsce mieliśmy 21,5 tys. kwiaciarni, o setkę więcej niż w 2012 r. – Polacy mają dość kwiatów z marketów, które może i są tanie, ale gorsze jakościowo – mówi Ptaszek. Rocznie sprzedaje rośliny za ok. 100 mln zł. Do kieszeni trafi z tego kilka procent zysku. Do podziału z żoną i trójką dzieci, bo w rodzinnym biznesie każdy ma tyle samo udziałów, co ojciec.

Największe zmartwienie Ptaszka? – Każde z moich dzieci jest już po trzydziestce, a na horyzoncie nie widać ani zięcia, ani synowej, ani przede wszystkim wnuków. To biznes prowadzony już od pięciu pokoleń. Tylko kiedy zobaczę kolejne, będę mógł spokojnie umrzeć – odpowiada.

 

 

Advertisements