Był jednym z najbogatszych Polaków, jeden dzień nie żył i potwornie się zakochał. Niesamowita historia upadłego Króla Wybrzeża.

Na Pomorzu mówili o nim człowiek z bajeru, bo nikt nie miał tak dobrej bajery w prowadzeniu biznesu jak on. W historii Janusza Leksztonia jest praktycznie wszystko: wielka miłość, wielkie pieniądze, porwanie i morderstwo, które było tylko na papierze.

 

Takiego życiorysu w polskim biznesie nie ma chyba nikt. Leksztoń interesy zaczynał w wieku 22 lat. Za 10 mln starych złotych z prezentu ślubnego od ojca rozkręcił gdyński Elgaz. Z małej firemki produkującej kotły gazowe zrobił zakład zatrudniający ponad tysiąc pracowników. Potem jako pierwszy w Polsce uruchomił produkcję okien z PCV. Była jeszcze własna agencja reklamowa, prywatna telewizja, filmy wideo. Leksztoń poszedł nawet w samochody. Miał prawie połowę udziałów w polskim dystrybutorze Nissana. I chciał iść jeszcze dalej, starając się o licencję NBP na otwarcie własnego banku.

Było dobrze. W 1991 r. Leksztoń trafia na 5. miejsce najbogatszych ludzi kraju według ,,Wprost”. Opływa w luksusach. Jest prywatna rezydencja o powierzchni 2,5 tys. mkw. Obok basen z egzotyczną roślinnością, sala gimnastyczna, strzelnica. Posesję otacza gruby mur, za którym maszeruje w tę i we w tę prywatna ochrona. Dochodzi prywatny klub nocny. Jeden z pierwszych w Polsce z podświetlaną podłogą. Leksztoń lubi wydawać, ale lubi się też dzielić. Żeby zaplusować lokalnym władzom, wykłada kasę na renowację zabytków. Dotuje gdyńskie żłobki i zabytki. Ludzie nazywają go ,,Królem Wybrzeża”.

Problem w tym, że cały biznesowy kram Leksztonia jest napędzany wielomilionowymi kredytami. Po reformie finansów z lat 90. odsetki od zaciągniętych pożyczek rosną nawet do 440 proc. A na to Leksztoń nie był przygotowany. Spółki, jedna po drugiej, padają jak muchy. Biznesmenem zaczyna interesować się prokuratura.

I tutaj robi się jeszcze ciekawiej. Kiedy Leksztonia mają aresztować, sprawie coraz pilniej przyglądają się media. Pomorski korespondent ,,Gazety Wyborczej” jako jeden z pierwszych dowiaduje się, że biznesmen został zatrzymany. Dzwoni więc do warszawskiej redakcji i mówi reporterowi na dyżurze, że ,,Leksztonia już nie ma”. Ten zrozumiał, że biznesmen nie został aresztowany, tylko zamordowany. Na pierwszą stronę Wyborczej trafia więc notka z tytułem: ,,Leksztoń zamordowany?”.

Ale to nie wszystko. Po odsiadce biznesmen zabrał się za sprawy sercowe. W 2006 r. na Sympatia.pl zamieścił szczery liścik: ,,Szukam prawdziwej przyjaźni, miłości, wierności, oddania i już zaczynam wątpić, czy mnie jeszcze to spotka, bo na tym świecie chyba nie ma kobiet, dla których istnieją inne wartości niż tylko kasa”. W sidła miłości upadłego biznesmena trafiła Natalia S. Zadbana kobieta, około trzydziestki. A do tego bizneswoman z własną firmą. Miała pomysł na kolejny biznes. Chciała ściągać z Danii krem na powiększanie biustu. Leksztoń jej pomagał. Wychowywał jej niepełnosprawne dziecko, szukał pracowników, wynajął biuro. Plan był taki, że jeśli pomysł wypali, Leksztoń do biznesu dołączy. Ale szybko okazało się, że upadły multimilioner nie jest zbyt cierpliwy. Za plecami swojej partnerki fałszował jej podpisy i kontaktował się z Duńczykami, żeby krem do biustu sprowadzać samemu. – Na swoje ofiary upatruje sobie zazwyczaj takie kobiety, które samotnie wychowują dzieci. Prowadził mnie jak po sznurku – wspominała kobieta.

A Leksztoń szedł dalej. Głowa puchła mu od kolejnych pomysłów na biznes. Chciał produkować niszczarki do twardych dysków. Nie wyszło. Później miała być sieć sklepów mięsnych ,,Świnka”. Kupił tonę wieprzowiny i nakłaniał znajome kobiety, żeby robiły z niej wędliny. Odmówiły. Znowu nie wyszło.

Jak nie w biznesie, to może po raz kolejny w miłości? W 2008 r. Leksztoń znów odpalił konto na portalu randkowym i znów trafił. Tym razem Natalię V., obywatelkę Białorusi, która bierze z nim ślub. „Polityka” pisała, że kobieta – będąc pod osobistym urokiem byłego szefa Elgazu – poręczyła za niego milionowy kredyt. Leksztoń staje się połączeniem Casanovy i Kalibabki, a znajomi mówią, że ślub z kobietą z zagranicy wziął tylko po to, żeby mieć drugie obywatelstwo i uciec z kraju.

Może i nie ma się co dziwić, że chciał uciekać. Kilka miesięcy temu znów pojawił się w polskich mediach. Gdyński sąd skazał na 5 lat więzienia głównego organizatora porwania Janusza Leksztonia. Doszło do niego w kwietniu 2008 r. Biznesmena napadnięto w łazience gdyńskiego domu, potem wywieziono do wynajętego lokalu. Zabrano mu telefony komórkowe, laptopy, volkswagena i sejf, w którym miały znajdować się dokumenty dotyczącego jego nowego pomysłu na biznes. Czy rzeczywiście tam były? Prawdę zna tylko on sam.

Advertisements